Trzy wnioski z wydarzeń na Krymie

Śmierć rosyjskiego żołnierza i oficera FSB na Krymie wywołała falę negatywnych komentarzy w rosyjskim internecie i reakcji na poziomie rządowym. W Polsce zapanowała histeria, że za chwilę zacznie się wojna, jednak do dalszego zaostrzania sytuacji nie doszło. Z całej awantury moim zdaniem warto wyciągnąć trzy wnioski.

Sytuację na Krymie opisano już ze wszystkich stron, chociaż w przypadku wydarzeń na wschód od Warszawy nawet opis uderzania fal o odeskie plaże nie może być pozbawiony bardziej bądź mniej uzasadnionych podejrzeń, że to właściwie wszystko rosyjska „maskirowka”. W efekcie zatrzymani przez FSB mężczyźni to „domniemani” zamachowcy zapewne bez jakiegokolwiek związku z Kijowem, jeden z nich był recydywistą, a tak w ogóle to rosyjscy żołnierze najpewniej postrzelili się sami i głupio im się przyznać (to akurat wniosek zasłyszany w Polskim Radiu). W całym potoku słów, który zdążył się wylać wiele osób zdało się zignorować zdrowy rozsądek i „obstawiało” wybuch otwartej wojny między Rosją i Ukrainą. Chłodną ocenę sytuacji przeprowadziło niewiele instytucji dlatego poza z zasady racjonalnym OSW polecam uwadze tekst Maćka Zaniewicza z portalu Eastbook.

Wojna nie wybuchła, co nie oznacza, że nigdy do tego wybuchu nie dojdzie. Nie sztuką jest jednak przewidywać jakikolwiek konflikt stojąc obok regionu zapalnego i na każdy ruch czołgowej gąsienicy reagować okrzykiem „zaczęło się”.  Ze wszystkiego co wydarzyło się na Krymie można wyciągnąć dwa, góra trzy główne wnioski, które warto zapamiętać.

„Norymberga” na Krymie

Niezależnie od tego czy Rosjanie oburzają się słusznie czy też nie, to temperatura wypowiedzi analityków i polityków rosyjskich jest wysoka. Wicepremier Krymu zapowiedział, że dla terrorystów z Ukrainy zorganizowana zostanie „krymska Norymberga”. Lider partii „Rodina” Aleksiej Żurawliew stwierdził natomiast zaraz po wydarzeniach na Krymie, że musi się zmienić władza na Ukrainie, aby do takich wydarzeń już nie dochodziło, ponieważ obecna władza prowadzi naród ukraiński w kierunku wojny i chaosu.

Ten sam naród, zdaniem Żurawliewa w końcu wybierze taką władzę, z którą Rosja będzie mogła żyć w dobrosąsiedzkich relacjach. Leonid Kałasznikow, zastępca przedstawiciela komitetu spraw zagranicznych Dumy Państwowej stwierdził z kolei, że mimo wszystkich problemów nie powinno się myśleć o wprowadzeniu wiz dla Ukraińców, ponieważ Rosja „jest związana z tym narodem tysiącem nici”. Koniec końców, w Rosji pracują dwa miliony Ukraińców.

Rosja czeka na zmianę

Premier Dmitrij Miediediew stwierdził, że Ukraińcy próbują odwrócić uwagę od wewnętrznych problemów kraju akcjami terrorystycznymi i dywersyjnymi. „Ojczyzna zagrożona, a wewnętrzne problemy będziemy rozwiązywać dopiero, gdy rozwiążemy jakieś zewnętrzne” – stwierdził premier. Innymi słowy, narracja rosyjskiej władzy się nie zmieniła. Od dawna słychać, że za każdym razem, gdy Ukraina sprzeciwia się jakimś działaniom Rosja sugeruje, aby najpierw rozwiązała ona swoje wewnętrzne problemy.

Kreml ma swoje własne spojrzenie na politykę wobec Ukrainy, licząc zapewne na powtórzenie się scenariusza gruzińskiego. Jak stwierdził sam Miedwiediew, po „głośnych wydarzeniach” doszło do zerwania stosunków dyplomatycznych między Gruzją i Rosją. Mimo to relacje te zostały ostatecznie przywrócone, prozachodni prezydent Gruzji musiał uciekać z kraju, a Tbilisi rozpoczęło proces zbliżania się z Rosją. Kreml może wierzyć, że Ukrainę również uda się do tego przekonać. Zwłaszcza gdy pod wpływem kryzysu gospodarczego i ogólnego zniechęcenia do obecnej władzy dojdzie na Ukrainie do kolejnej zmiany.

Koniec formatu normandzkiego?

Rzeczą na którą słusznie wszyscy zwrócili uwagę była wypowiedź prezydenta Władimira Putina, który uznał, że w obecnej sytuacji spotkanie tzw. formacie Czwórki Normandzkiej nie ma sensu. Wynika to oczywiście z faktu, że Ukraina swoim zachowaniem daje do zrozumienia, że porozumień z Mińska nie wypełni. Znowu, nie jest to niczym szczególnie nowym. Rosja zwraca uwagę od dawna, że Kijów nie wypełnia swojej części porozumień mińskich na co Kijów odpowiada, że nie robi tego Rosja.

Nic dziwnego, że Kijów nie chce na nie przystać. Eksperci przyznają, że dla samego Kijowa porozumienie nie jest zbyt korzystne, gdyż oznacza nadanie specjalnego statusu dla Donbasu i co równie ważne, zalegalizowania „milicji ludowej”, którą obecnie Kijów traktuje, zgodnie z nazwą ATO, jako terrorystów. Ustawa umożliwiająca nadanie specjalnego statusu regionowi donieckiemu, którą prezydent Petro Poroszenko podpisał i która wywołała na Ukrainie prawdziwą burzę nie wypełnia zapisów porozumień mińskich, ponieważ te wzywają do umieszczenia takich zapisów w konstytucji Ukrainy. Na to natomiast nie zgodzi się społeczeństwo.

Rezygnacja z formatu normandzkiego nie musi koniecznie oznaczać przygotowań do wojny, jest raczej próbą naciśnięcia na Zachód, aby ten przycisnął ze swojej strony Kijów. Jeśli przyjąć, że Kreml faktycznie postrzega świat przez pryzmat koncertu mocarstw, to może być to sygnał do zachodnich „imperiów” aby powściągnęły swojego „wasala”. W opinii niektórych rosyjskich ekspertów sam format normandzki już się wyczerpał i niewykluczone, że teraz Rosja będzie dążyła do czegoś nowego, za pomocą czego sytuację na Ukrainie będzie można wreszcie rozwiązać w sposób kompromisowy (zwracam uwagę, że rozumienie pojęcia kompromisu różni się w zależności od fizycznej bliskości obserwatora od Moskwy).

Nakręcanie spirali

To co wydarzyło się na Krymie nie stanowi pojedynczej historii. Jest elementem szerszego zaostrzania się sytuacji na Krymie. OBWE od pewnego czasu informuje o codziennych naruszeniach przez obydwie strony konfliktu w Donbasie zawieszenia broni. Ukraina donosiła o wykorzystywaniu przez Separatystów zabronionych dział dużego kalibru. Poroszenko 11 sierpnia na swoim Twitterze poinformował, że wydał polecenie zwiększenia gotowości bojowej na całej linii frontu z Donbasem i na pograniczu z Krymem. We wrześniu zaś rozpoczną się manewry Kaukaz 2016, a polscy analitycy już dostrzegli analogię, że przecież wojska z manewrów Kaukaz 2008 „przemanewrowały” następnie do Gruzji, więc po Kaukazie 2016 również pójdą, tyle że na Ukrainę.

Pytanie czy Rosja ma obecnie jakikolwiek interes w angażowaniu własnych sił na Ukrainie moim zdaniem należy do pytań abstrakcyjnych. Otwarty atak na Ukrainę oznaczałby nie tylko zaprzepaszczenie szans na porozumienie z Zachodem. Oznaczałby także dalszy spadek zaufania do Rosji na obszarze poradzieckim, co mogłoby postawić pod znakiem zapytania budowę całej Unii Eurazjatyckiej. Nie wspominając już o tym, że społeczeństwa łatwo nie zapominają ataków na swoje terytorium i Rosja mogłaby się ze swoimi braćmi na dłuższy okres pożegnać.

Mimo to obydwie strony sporu mogą stać się zakładnikami swoich własnych narracji. Zamachowcy na Krymie mogą okazać się wcale nie szkolonymi przez ukraińskie specsłużby agentami, a jedynie ochotnikami z batalionów, którzy postanowili wziąć walkę ze znienawidzonym wrogiem we własne ręce. W końcu w narracji Ukrainy, to właśnie oni walczą z terrorystami. Z drugiej zaś strony wszyscy w Rosji wiedzą, że w Kijowie urzęduje nazistowska junta. Ochotnicy jeżdżą do Doniecka bronić rosyjskich kobiet i dzieci przed faszystami, mogą również dojść do wniosku, że wyprowadzą atak wyprzedzający. Potencjał do rozpoczęcia konfliktu w sytuacji, gdy obydwa społeczeństwa widzą w sobie znienawidzonego wroga jest na tyle duży, że wojna na Ukrainie może stać się samospełniającą przepowiednią.

 

Zostaw komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Next Post

Ukraina jak Gruzja - czego Polska chce od Kijowa?

niedz. sie 28 , 2016
Imperatyw większości Polaków nakazuje im szukać wiecznego wroga, którego znajdują najczęściej w postaci Rosji. Sympatia wielu Polaków do Ukrainy jest niestety funkcją naszej niechęci do jej wschodniego sąsiada. Ukrainę kochamy tak, jak kiedyś kochaliśmy Gruzję i może ją czekać w przyszłości podobny los. Bartosz TesławskiRedaktor naczelny portalu NaWschodzie. Specjalista ds. […]